Wolontariat z dziećmi

http://podrozeaprawadziecka.pl/wp-content/uploads/2019/01/cozrobic.png

„Wystarczy tylko chcieć”.  Zgadasz się z tym popularnym stwierdzeniem? Czy dobre intencje wystarczą, żeby zmieniać świat na lepsze?

Niestety w przypadku coraz bardziej popularnych wolontariatów wakacyjnych w krajach Azji czy Afryki (tzw. wolonturystki), szczególnie w kontekście projektów pracy z dziećmi, to powiedzenie zupełnie się nie sprawdza. Wydaje się to zupełnym paradoksem, ale większość projektów wolontaryjnej pracy z dziećmi w sierocińcach ma skutek odwrotny do zamierzonego i szkodzi potencjalnym beneficjentom, czyli dzieciom. Coraz bardziej popularne wyjazdy wolonturystyczne (czyli takie, które łączą pódróż z pomaganiem) są często krótkofalowymi (najczęściej wakacyjnymi, a w skrajnych przypadkach nawet jednodniowymi) przygodami, podczas których wolontariusze podejmują się „wdzięcznych” zajęć, takich jak nauczanie języka angielskiego, remonty domów dziecka czy szeroko pojęta opieka nad dziećmi połączona z organizowaniem im zajęć (więcej o wolonturystyce dowiedzieć się możesz na stronie naszej kampanii społecznej „Zanim pomożesz” ).

Jak to możliwe, że dobre intencje mogą być nie tylko nieefektywne, ale i pociągają za sobą fatalne skutki? Sprawa jest wieloaspektowa.

Zajmowanie się dziećmi jest jednym z pierwszych skojarzeń, gdy myślimy o wolontariacie zagranicznym. Zdjęcia spełnionych wolontariuszy wśród uśmiechniętych dzieci to obraz, który na stałe zagościł w katalogach i serwisach reklamujących wolontariaty zagraniczne. Jak się jednak okazuje, często nie trzeba mieć zupełnie żadnych kompetencji ani doświadczenia pedagogicznego, aby zajmować się dziećmi w krajach globalnego Południa.  I choć wielu wolontariuszy wspaniale wspomina czas spędzony z dziećmi, warto zastanowić się na ile ich obecność była realnie potrzebna i co wniosła w życie dzieci.

Wyobraź sobie zajęcia z języka angielskiego, które co 2-3 tygodnie prowadzi inny wolontariusz. Po przyjeździe każdy z nich na początku stara się obeznać w poziomie znajomości języka każdego z uczniów, a następnie próbuje uczyć ich podstaw – znanych dziecięcych piosenek, kolorów, emocji, przedmiotów itd. Po jego wyjeździe pojawia się kolejny wolontariusz, który przeprowadzi z dziećmi kolejne zajęcia. I kolejny. I tak miesiącami. Co z zajęć wyniosą po roku dzieci? Najprawdopodobniej z takich wyjazdów najwięcej czerpią wolontariusze, którzy wracają do domu z poczuciem, że zrobili coś dobrego.

Sprawa robi się dużo poważniejsza, gdy zajęcia tego typu prowadzone są w sierocińcach. Przewijający się przez sierocińce wolontariusze robią spustoszenie w poczuciu bezpieczeństwa i stabilności emocjonalnej dzieci. Młodzi, pełni dobrych chęci ludzie „z Zachodu” chcą okazywać dzieciom dużo uczucia, czym im szkodą. Tak, to prawda, że wychowankowie domów dziecka potrzebują miłości, ale miłości stałych opiekunów. Wolontariusze, którzy przyjeżdżają do sierocińców i całują, przytulają, „kochają” dzieci przez tydzień, dwa czy miesiąc, a potem odchodzą powodują „zespół reaktywnych zaburzeń przywiązania” oraz „zaburzenia selektywności przywiązania”. Innymi słowy zaburzają emocjonalny rozwój dziecka, które od tej pory będzie mieć problem z nawiązywaniem głębokich, prawidłowych relacji z ludźmi.

Spustoszenia emocjonalne sięgają jeszcze dalej. Wizytom wolontariuszy i turystów w sierocińcach towarzyszy prawie zawsze rozdawanie drobnych prezentów czy słodyczy i robienie sobie zdjęć z uśmiechniętymi maluchami. Tym samym, że im bardziej „się lepią”, im są milsze, słodsze, im ładniej pozują do zdjęć, tym większa czeka je nagroda: więcej cukierków, lalek czy czułości (których ze względu na zaburzenia bardzo łakną). Co więcej niszczymy takimi zachowaniami naturalne bariery ochronne dzieci. (Czy chcielibyście, żeby Wasze dziecko rzucało się na szyję każdemu dorosłemu, który ma dla niego cukierka?) Dzieci uczą się niewłaściwych zachowań, które sprawiają, że w przyszłości z dużo większym prawdopodobieństwem będą ofiarami wykorzystywania seksualnego lub innych patologii. Uczą się też uległości i przyjmują postawę przyszłej ofiary. Podobne skutki ma również pozowanie do zdjęć z turystami i wolontariuszami, o czym piszemy tutaj.

Kolejną, bardzo szeroką kwestią jest wspieranie sierocińców jako takich. W Europie, Ameryce Północnej czy Australii ta forma opieki zastępczej w zasadzie już nie występuje, ponieważ jest bardzo szkodliwa dla rozwoju dziecka. Zastąpiły ją tzw. rodzinne formy opieki zastępcze (rodziny zastępcze i rodzinne domy dziecka). Instytucjonalne domy dziecka (czyli duże placówki, w których opiekunowie pracują na etatach na zmiany) bardzo niekorzystnie wpływają na rozwój dziecka zarówno fizyczny, psychiczny, emocjonalny, jak i społeczny. Obecność stałych, kochających opiekunów, dla których dziecko jest najważniejsze na świecie, jest tu kluczową sprawą. Nie zastąpi ich nawet najbardziej kochana „pani” czy najbardziej kochany „pan”, który przychodzi do sierocińca do pracy „od do”, a potem wraca do swojego prawdziwego domu. Zostało udowodnione naukowo, że mózg dzieci z domów dziecka nie rozwija się w ten sam sposób, co mózg dziecka wychowującego się w rodzinie (lub jej odpowiedniku).

Sierociniec jest też niewłaściwą forma opieki, ponieważ bardzo często dochodzi tam do patologii. Dlaczego? Wyobraźmy sobie kilkadziesiąt osób stłoczonych razem w jednym domu, a każda z tych osób nie dość że cierpi, to jeszcze ma za sobą traumatyczną przeszłość (pamiętajmy, że dzieci, które trafiają do domów dziecka to dzieci mające za sobą tak trudne doświadczenia jak życie na ulicy, skrajna bieda czy śmierć rodziców). W przypadku dzieci dodatkowo często przeżywają trudny okres rozwojowy (dorastają) i przede wszystkim są niedojrzałe psychicznie, więc z wieloma problemami zwyczajnie nie umieją sobie radzić. Nawet jeśli takie dzieci byłby objęte właściwą opieką i pomocą psychologa (a w krajach, o których piszemy najczęściej nie są), to i tak trudno w takim środowisku o wyeliminowanie takich zjawisk jak przemoc rówieśnica, nękanie czy agresja.

A w przypadku domów dziecka, które są często odwiedzane przez wolonturystów, dochodzi kolejne niebezpieczeństwo: wykorzystywanie seksualne. W sierocińcach wolonturyści z zachodu często mieszkają razem z dziećmi (pełnią rolę ich opiekunów, bo zatrudnionej na stałe kadry jest bardzo mało). Myją je, przebierają, śpią z nimi bez jakiegokolwiek nadzoru. Oczywiście są to wymarzone wręcz warunki dla potencjalnych pedofili, którzy skwapliwe z takich okazji korzystają. Nie trzeba zresztą być wolonturystą. Zwykli turyści mogą też najczęściej bez żadnego problemu zabrać dzieci na jednodniowe wycieczki np. „do lunaparku” czy „do kina” bez żadnej kontroli. Zjawisko wykorzystywania seksualnego jest wiec nieodłączną częścią wolontariatów w domach dziecka. Mimo, że są już pierwsze skazania osób, które dopuściły się pedofilii podczas programów wolontaryjnych, jest to kropla w ocenie (nie dość, że takie zjawiska są w ogóle trudne do wykrycia, to jeszcze w krajach globalnego Południa bardzo często prawo nie jest egzekwowane, a instytucje bezpieczeństwa publicznego funkcjonują nieefektywnie).

Chcąc uniknąć narażania dzieci na kontakt z pedofilią, warto unikać jakichkolwiek placówek, w których przypadkowe osoby mogą zacząć wolontariat „od zaraz” i wyrażać swój sprzeciw słysząc tego typu propozycje. Odpowiedzialne placówki, które z troską podchodzą do swoich podopiecznych, dbają o ich dobro i bezpieczeństwo. Mimo jak najlepszych intencji, pracując w placówce „otwartej dla wszystkich”, dajesz przyzwolenie na dalsze dopuszczanie przypadkowych osób – również tych o złych intencjach – do najmłodszych.

Dochodzimy na koniec do kwestii biznesu sierocego, czyli machiny zarabiania pieniędzy na dzieciach w sposób skrajnie nieetyczny. Biznesu, który nie istniałby bez pełnych dobrych woli i wrażliwych na los sierot turystów i wolonturystów. O tym, jak to możliwe, że szlachetne intencje turystów, którzy zostawiają pieniądze w domach dziecka, i wolonturystów, którzy płacą spore kwoty za taki projekt wolontaryjny (tak! takie wolontariaty są najczęściej płatne, o czym piszemy w naszej kampanii Zanim pomożesz), skutkują handlem dziećmi, oddzielaniem dzieci od ich biologicznych rodzin czy trzymaniem dzieci z premedytacją w złych warunkach piszemy tutaj. Jeśli rozważasz wyjazd na wolontariat, to świetnie. Jest naprawdę wiele wspaniałych programów pomocowych, do których możesz się przyłączyć. Zanim jednak zdecydujesz się na taki wyjazd, zachęcamy do zapoznania się z naszą kampanią Zanim pomożesz (zanimpomozesz.pl i facebook.com/zanimpomozesz), gdzie piszemy, jak wybrać dobry, efektywny program wolontaryjny, który przyniesie prawdziwą korzyść jego beneficjentom. Zapraszamy do lektury.


Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons 4.0  (CC BY-NC-ND 4.0).

Opracowanie tekstu: Magdalena Szymańska.

Wybrane prawa zastrzeżone na rzecz Fundacji Go’n’Act.