Turystyka sieroca

http://podrozeaprawadziecka.pl/wp-content/uploads/2019/01/sieroca.png

Turystka sieroca to bardzo dynamicznie rozwijająca się gałąź turystyki. Osoby zwiedzające kraje zmagające się z ubóstwem, chętnie odwiedzają domy dziecka i pomagają dzieciom zawożąc im dary, a w zamian przywożąc ze sobą pamiątkę w postaci zdjęć pokazujących siebie w otoczeniu uśmiechniętych afrykańskich czy azjatyckich dzieci.

Takie odwiedziny w domach dziecka (czy szkołach z internatem) znalazły się w ofertach wielu lokalnych biur podróży. Czasami są to „zwykłe” odwiedziny, podczas których możemy spotkać się z dziećmi, pochodzić sobie po terenie sierocińca i zobaczyć, jak wygląda tam codzienne życie ludzi. W innych przypadkach busy pełne turystów jadą do takiej placówki, żeby obejrzeć występy folklorystyczne prezentowane przez dzieci (np. tradycyjne tańce narodowe).

Tego typu atrakcje, mimo że na pierwszy rzut oka niewinne, a nawet korzystne (przecież turyści zostawiają w domach dziecka pieniądze i dary) są niestety głęboko nieetyczne i niebezpieczne dla dzieci.
Zastanówmy się, jaki wpływ na dzieci mają odwiedziny gości z innych krajów. Czy byłoby to w Polsce akceptowalne, gdyby podobne wycieczki organizowane były do polskich domów dziecka? Wyobraźmy sobie dwa autokary pełnie turystów z zachodniej Europy (na przykład z Niemiec), które regularnie popołudniami przyjeżdżają do placówki w naszym mieście. Turyści przywożą dzieciom zabawki, a w zamian dzieci muszą prawie codziennie dawać ten sam występ. Potem ci obcy ludzie chodzą po ich domu, zaglądają do pokojów, proszą o pokazanie książek do nauki. Na koniec przytulają dzieci, całują, pozują z nimi do zdjęć. Czy ta sytuacja nie budzi w nas przynajmniej niepokoju, jeśli nie wzburzenia?

Skoro tak, to stosujmy te same standardy w stosunku do dzieci w innych krajach. Dzieci w Nepalu, Kenii czy w Peru, tak samo jak dzieci w Polsce, potrzebują prywatności, spokoju, poczucia bezpieczeństwa. Przewijający się przez ich dom (tak! „dom”; przecież dom dziecka jest dla sierot jedynym domem, jaki mają) tłumy nieznanych ludzi, którzy traktują je jak okazy do oglądania, mają bardzo destrukcyjny wpływ na psychikę dziecka.

Wielu odwiedzających sierocińce ma poczucie, że dzieciom należy okazać dużo uczucia, którego łakną i którego im brakuje na co dzień. Jak zwraca uwagę psycholog dziecięcy Szymon Hejmanowski w wywiadzie dla Zanimpomozesz.pl: „Kiedy myślimy o wczesnym dzieciństwie, to dla prawidłowego rozwoju emocjonalno-społecznego dzieci potrzebują odpowiedzialnych, troskliwych, zaangażowanych w sposób stały i długofalowy (!)  opiekunów. (…) Powtarzające się doświadczenia zerwania znaczących emocjonalnie więzi mogą niejako uczyć dzieci, że nie warto zbyt mocno angażować się emocjonalnie w relacje z ludźmi, gdyż za chwilę stracą z nimi bliski, codzienny kontakt. W efekcie może być trudniej takim dzieciom budować trwałe, zażyłe relacje w życiu dorosłym.”

Nie bez powodu turystykę sierocą nazywa się czasem „ludzkim zoo”. Więcej informacji na temat traktowania dzieci jako atrakcji turystycznej i kwestii robienia sobie z nimi zdjęć znajdziesz tutaj.

Drugą, jeszcze poważniejszą kwestią budzącą zastrzeżenia etyczne, jest bezpośrednie przełożenie wzrostu popularności turystyki sierocej na rozwój biznesu sierocego. Biznes sierocy to wykorzystywanie dzieci (sierot lub dzieci uchodzących za sieroty) do zarabiania pieniędzy. Biznes ten rozwija się głównie w regionach odwiedzanych przez turystów i wolonturystów (więcej to tym, kim są wolonturyści można przeczytać tutaj), ponieważ to ich pieniądze są siłą napędową tej machiny. Jak to wszystko działa? Szczegóły różnią się w zależności od kraju, ale generalnie mechanizm jest ten sam: tam, gdzie jest okazja do zarobienia pieniędzy żerując na dobrych intencjach i chęci niesienia pomocy przez podróżników, powstają tzw. „fake orphanages” („fałszywe sierocińce”). Są to placówki, które powstają nie dlatego, że istnieje grupa dzieci-sierot, które zostały pozbawione opieki i o które trzeba zadbać; tylko dlatego, że ktoś uznał, że prowadzenie sierocińca to intratny biznes, na którym można zarobić. Dane są szokujące:  według UNICEF, liczba sierocińców w Kambodży wzrosła o 75% raptem na przestrzeni pięciu lat.  W samym zaś Katmandu, stolicy Nepalu, jest ich prawie 600, nie licząc wielu nielegalnych placówek. A to wszystko pomimo spadku liczby samych sierot.

O ile danego kraju nie nawiedziła ostatnio jakaś poważna katastrofa naturalna lub wojna, nie ma w nim wielu sierot i dlatego dzieci, które można by umieścić w takim „fałszywym sierocińcu” trzeba skądś wziąć. Najczęściej dzieci „pozyskiwane” są przez handlarzy ludźmi, którzy udają się do biednych, oddalonych od dużych miast regionów wiejskich podając się na przykład za pracowników zachodniej organizacji pozarządowej. Przekonują rodziców, żeby oddali dziecko do (rzekomo) nowo wybudowanej szkoły z internatem. Obiecują, że po kilku latach edukacji córka czy syn wróci do nich z rzetelnym wykształceniem. Takie dziecko trafia do sierocińca, gdzie staje się tzw. paper oprhan” (czyli „sierotą na papierze”). Jego dokumentacja zostaje podrobiona (tak, żeby mogło być podawane za prawdziwą sierotę), a samo dziecko zastrasza się, żeby nie przyznawało się, że ma biologicznych rodziców. Z raportu UNICEF wynika, że średnio 80% dzieci przebywających w sierocińcach w krajach globalnego Południa, ma przynajmniej jednego rodzica. W poszczególnych krajach statystyki mogą być jeszcze bardziej wstrząsające – w Ghanie czy na Sri Lance ich odsetek wynosi nawet 90%.  Problem „papierowych sierot” jest globalny. Można się z nim zetknąć od Haiti, przez Ugandę czy Kenię, po Kambodżę czy Nepal. 

W tak stworzonym „domu dziecka” zarabia się na dzieciach na kilka sposobów. Po pierwsze przyjmuje się (wyżej opisane) wycieczki turystów, którzy widząc biedę panującą w placówce chętnie zostawiają swoje pieniądze (a często nawet organizują zbiórki na jej rzecz o powrocie do kraju). Często dzieci są specjalnie trzymane w złych warunkach i niedożywione, bo im większe ubóstwo, tym łatwiej wzruszyć osoby odwiedzające placówkę. Po drugie do takich instytucji przyjmuje się wolonturystów, za którymi również płynie strumień pieniędzy (rozwinięcie tematu wolontariatów w sierocińcach znajduje się tutaj). Po trzecie w różnych krajach rozwinęły się specyficzne, dodatkowe sposoby wyłudzania pieniędzy kosztem dzieci. Wróćmy do opisanego powyżej przykładu z występami, które dzieci dają turystom. W wielu krajach (np. w Kambodży) jest to bardzo popularna rozrywka, opisywana nawet w przewodnikach. Często po drodze do takiego domu dziecka, autokary z turystami zatrzymują się przy lokalnym sklepie, w którym goście z Zachodu mogą kupić artykuły, które potem darują dzieciom w domu dziecka. Co się dzieje po zamknięciu się drzwi za turystami (po odbytym występie i „zwiedzaniu” domu dziecka)? Jak pisze Alicja Kosińska, ekspertka w projekcie „Zanim pomożesz” : „Prezenty bywają zabierane na nowo do sklepu (który jak się okazuje nie był przypadkowy) i sprzedawane ponownie kolejnym turystom, którzy odwiedzą go przed swoją wizytą w sierocińcu. Kto na tym zyskuje? Właściciel sklepu sprzedający parokrotnie ten sam towar, właściciele sierocińców, którzy dostają z tego profit oraz przewodnik, który przywiózł w jedno i drugie miejsce turystów. Zyskują też poniekąd turyści, którzy w błogiej nieświadomości opuszczają ośrodek, z poczuciem, że zrobili coś dobrego. Jedynymi osobami, które nic nie otrzymują z tego kręgu generowania pieniędzy, są teoretyczni beneficjenci pomocy, czyli dzieci.”

Kolejną sprawą jest wspieranie istnienia sierocińców jako takich. W 2010 roku ONZ opublikowała wytyczne dotyczące alternatywnych (w stosunku do rodziny biologicznej) form opieki nad dziećmi i uznająła prymat modelu opieki opartej na rodzinie – jeśli nie biologicznej, to adopcyjnej lub zastępczej. 60 lat badań nad skutkami przebywania dzieci w sierocińcach pokazało, że przynosi im to więcej szkody, niż pożytku: zwiększa ryzyko chorób psychicznych, powoduje trudności w adaptacji w społeczeństwie, zwiększa ryzyko samobójstw, a brak wzorców rodzinnych utrudnia w dorosłym życiu założenie rodziny. W wysoko rozwiniętych krajach w Europie, Ameryce Północnej czy Australii ta forma opieki zastępczej w zasadzie już nie występuje. Zastąpiły ją tzw. rodzinne formy opieki zastępczej (rodziny zastępcze i rodzinne domy dziecka). Instytucjonalne domy dziecka (czyli duże placówki, w których opiekunowie pracują na etatach na zmiany) bardzo niekorzystnie wpływają na rozwój dziecka zarówno fizyczny, psychiczny, emocjonalny, jak i społeczny. Obecność stałych, kochających opiekunów, dla których dziecko jest najważniejsze na świecie, jest kluczową sprawą. Nie zastąpi ich nawet najbardziej kochana „pani” czy najbardziej kochany „pan”, który przychodzi do sierocińca do pracy „od do”, a potem wraca do swojego prawdziwego domu. Zostało udowodnione naukowo, że mózg dzieci z domów dziecka nie rozwija się w ten sam sposób, co mózg dziecka wychowującego się w rodzinie (lub jej odpowiedniku).

Sierociniec jest też niewłaściwą formą opieki, ponieważ bardzo często dochodzi tam do patologii. Dlaczego? Wyobraźmy sobie kilkadziesiąt osób stłoczonych razem w jednym domu, a każda z tych osób nie dość że cierpi, to jeszcze ma za sobą traumatyczną przeszłość (pamiętajmy, że dzieci, które trafiają do domów dziecka to najczęściej jednostki mające za sobą tak trudne doświadczenia jak życie na ulicy, skrajna bieda czy śmierć rodziców). W przypadku dzieci dodatkowo często przeżywają one trudny okres rozwojowy (dorastają) i przede wszystkim są niedojrzałe psychicznie, więc z wieloma problemami zwyczajnie nie umieją sobie poradzić. Nawet jeśli takie dzieci byłby objęte właściwą opieką i pomocą psychologa (a w krajach, o których piszemy najczęściej nie są), to i tak trudno w takim środowisku o wyeliminowanie takich zjawisk jak przemoc rówieśnicza, nękanie czy agresja.

Opisane wyżej zjawiska przyjęły skalę masową. Szacuje się, że na skutek rozwoju turystyki sierocej i wolonturystyki następuje drastyczny wzrost liczby  „fałszywych sierocińców”, w których nawet 80% to dzieci, które mają przynajmniej jednego żyjącego rodzica. Setki tysięcy dzieci rocznie cierpią z powodu rozwoju tego zjawiska. Obecnie można zaobserować narastający odwrót od instytucjonalizacji dzieci, wiele organizacji działa na rzecz reintegracji rodziców i dzieci, a rządy wielu państw (na przykład Ugandy czy Kambodży) współpracuje z organizacjami pozarządowymi  przy zamykaniu kolejnych placówek i przywracaniu dzieci na łono rodzin. Powstały już akcje społeczne wzywające do zaprzestania uprawiania „turystyki sierocej”, do których i my się przyłączamy.

Nie odwiedzajcie domów dziecka. Po prostu.


Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons 4.0  (CC BY-NC-ND 4.0).

Opracowanie tekstu: Magdalena Szymańska.

Wybrane prawa zastrzeżone na rzecz Fundacji Go’n’Act.